Historia jednego zdjęcia. Hallstatt, Austria.

Z cyklu ‚historia jednego zdjęcia’.

Olympus OMD M5 Mark II; M.Zuiko 12-40 mm f/2.8 ED PRO: 1/160 sek at f / 8.0, ISO 200

Zdjęcie powstało w czasie dorocznej, tradycyjnej już wycieczki do miasteczka Hallstatt.
To niezwykle malownicze miejsce, położone nad jeziorem Hallstättersee w Alpach Salzburskich, słusznie uznawane jest za perłą austriackich Alp.

Połowa marca. Zimny, mglisty i deszczowy dzień. Pomyśleć można, że to niekoniecznie wymarzone okoliczności na wizytę w miejscu, które stanowi jedną z pocztówkowych wizytówek Austrii. Nic bardziej mylnego. Na pewno nie dla kogoś kto jak w domu czuje się w miejscach, w których to przyroda dyktuje warunki rozdając karty wedle własnego uznania.

Ja jednak nieco sfrustrowany, może nawet zły bo co jak co ale największe katusze sprawia mi fotografowanie miejsc, w których w tym samym czasie spust migawki naciskają setki jak nie tysiące turystów (Hallstatt, niezależnie od pory roku, opanowany jest przez rzesze turystów z Azji). Pstrykam ‚bo muszę’. Podświadomie szukam tego jednego kadru, który pozwoli mi wsiąść do samochodu i przez kolejnych kilka godzin podróżować w poczuci dobrze spełnionego obowiązku ambitnego fotografa amatora.

W teorii mam wszytko czego potrzebuje. Niespieszny spacer krętymi uliczkami wiekowego miasteczka, wokół ośnieżone malownicze szczyty, wiszące nad nimi chmury, lodowcowe jezioro. Czegoś jednak dalej brak…
Wszechobecne zimne odcienie oraz południowa godzina podpowiadają by poszukać kontrastów.
Mija kolejnych kilkadziesiąt bezowocnych minut i wtem zjawia się on. Początkowo ledwo widoczny biały punk na tafli nieco potarganego jeziora. Sunie idealnie w naszym kierunku, jakby kierowany rodzącą się wizją. Pozostaje jedynie wyczekać odpowiedniej chwili, licząc przy tym by nadpływający obiekt nie zmienił kierunku. Ten nie dość, że kierunku nie zmienił to na koniec uraczył nas dostojnym ukłonem. Na ten -decydujący- moment czekałem. Mam to.

Zdjęcie wykonałem obiektywem Olympus M.Zuiko12-40 mm f/2.8 ED PRO zapiętym do korpusu Olympus OMD M5 Mark II. To mój standardowy ‚zestaw turystyczny’.
Dobrałem odpowiednią przysłone (f/8.0), chcąc wydobyć maksymalną głębię ostrości przy zachowaniu optymalnej jakości obrazu. Niestety nie miałem przy sobie szarych filtrów połówkowych, które pomogłyby zrównoważyć ekspozycje (ciemna tafla jeziora, stosunkowo jasne niebo) więc pozostało mi zawierzyć obliczeniom procesora.
Efekt końcowy? Więcej niż zadowalający.

Można wracać.

***

Posted by Divt
Praktyk życia, futurysta, fotograf amator i aspirujący freeridowiec. Kocham dziką przyrodę i wszystko co z nią związane. Podróżuję, gdy tylko czas na to pozwala. Uwielbiam zimne miejsca i chłód północy…
‚Beauty at low temperatures is beauty’ – Joseph Brodsky

Dodaj komentarz