ISLANDIA: Niebezpieczne fale i jęzor lodowca

Stało się. Rozstąpiło się niebo Islandii i poczęło lać jak z przysłowiowego cebra. Wieczór, który wieńczył nasz drug dzień islandzkiej eksploracji zdecydowanie zaliczyć należy do mokrych, zimnych i ogólnie niekoniecznie komfortowych. Spędziliśmy go na kempingu w mieście Vik położonym w ‚zatoce bagnistej doliny’ (co wiele wyjaśnia).  To największe w tym rejonie skupisko lokalnej ludności w liczbie 300 stałych mieszkańców. Te kilka zgrabnych domów na krzyż to jednocześnie swoisty ‚turystyczny hub’ – jest to bowiem miejsce wypadowe (można by rzec przesiadkowe) na rozliczne szlaki prowadzące na lodowiec Mýrdalsjökull  (raj dla wspinaczy lodowych) oraz graniczny punkt na mapie dzielący południową, najbardziej rozwiniętą część Islandii, z jej wschodnią, już znacznie dzikszą stroną.

Dzień 3. Opuszczamy południowe rejony wyspy kierując się na wschód. Dzień rozpoczynamy od wizyty na półwyspie Dyrhólaey oraz czarnej plaży Reynisfjara, następnie przespacerujemy się kanionem Fjadrargljufur by na koniec odwiedzić Park Narodowy Skaftafell.

1. Dyrhólaey & Reynisfjara–  Cape Portland i słynna czarna plaża

Półwysep Dyrhólaey, którego nazwa to zbitek trzech słów: drzwi, otwór i wyspa jest (surprise surprise!) w całości pochodzenia wulkanicznego. Cypel ten jeszcze niedawno bo 80 tys. lat temu był wyspą, która w skutek licznych erupcji i w efekcie wypiętrzeń dna morza połączyła się z głównym lądem Islandii. Starożytni żeglarze zwykli nazywać półwysep „Cape Portland” co może mieć związek z Australijskim odpowiednikiem.

Najbardziej rozpoznawalnym elementem Dyrhólaeya jest masywny skalny łuk, przypominający ogromne skalne wrota. Łuk jest na tyle duży, że można przelecieć pod nim sportowym samolotem (co z resztą w 1993r. uczyniło dwóch śmiałków).

Dyrhólaey jest jednym z najatrakcyjniejszych na Islandii miejsc do obserwowania ptaków morskich w tym uwielbianych przez turystów Maskonurów. Z początkiem lata okoliczne skały wręcz roją się od tych sympatycznych i urodziwych stworzeń (które ponoć zupełnie nie wykazują lęku przed ludźmi).
Niestety, połowa września to zdecydowanie nienajlepszy okres dla ornitologów amatorów. Odwiedzająca ten rejon wędrowna część populacji Maskonurów zdążyła już odlecieć na zimowiska nad zachodnią część Morza Śródziemnego.

Półwysep Dyrhólaey płynnie przechodzi w kolejną wielką islandzką atrakcję. Słynną czarną plażę.
Reynisfjara, bo tak brzmi jej lokalna nazwa, zachwyca głęboką czernią piasków. W 1991 r. National Geographic uznał Reynisfjara jedną z 10 najpiękniejszych, nietropikalnych plaż na świecie.

Skały wysokiego klifu tworzą tu iście fantastyczne formacje w tym głęboką jaskinię zbudowaną z charakterystycznych sześciobocznych bazaltowych kolumn.

Czarna plaża to kolejna z owianych złą sławą islandzkich atrakcji. Wszystko za sprawą zdradzieckich fal, które nieustannie ją omiatają. Odwiedzający plaże już na wejściu informowani są o potencjalnym zagrożeniu.  Huczące fale Reynisfjara są bowiem szczególnie gwałtowne. Często sięgają daleko w głąb plaży. Mogą pojawiać się nawet wtedy, gdy są najmniej oczekiwane i dosłownie wessać znajdujących się na niej ludzi. Dzieje się tak za sprawą ogromnych odległości dzielących plażę od stałego lądu znajdującego się po jej przeciwnej stronie. Stojąc na plaży i patrząc w kierunku południowym najbliższym stałym lądem znajdującym się w linii prostej (nie licząc kilku małych archipelagów) jest… położona na południowym biegunie Antarktyda! Mknące po Atlantyku fale mają tysiące kilometrów by móc się zbudować…

Rzadko sięgam po dyktafon by nagrywać dźwięk. Spacerując czarną plażą nie miałem wyboru. Głęboki, przenikliwy odgłos fal wręcz hipnotyzował.

 

Charakterystycznym elementem krajobrazu czarnej plaży są liczne strzeliste formacje skalne wyrastające prosto z morza. Islandczycy nazywają je Reynisdrangar.
Jak głosi lokalna legenda, te bazaltowe twory to dwa trole przemienione w głazy przez promienie wschodzącego słońca.  To oczywiście wersja dla romantyków. Geolodzy uparcie twierdzą, że skały to pozostałość dawnego klifu, który na skutek nieustannie postępującej erozji przesunął się o dziesiątki metrów w głąb lądu.
Obecnie to enklawa ptaków morskich.

1. Fjaðrargljufur–  fantastyczny kanion

Przemierzając coraz to dłuższe odcinki krajowej ‚jedynki’ zatrzymujemy się przy magicznym Fjaðrargljufur. Ten absolutnie przepiękny kanion to stosunkowo mało znane miejsce (często, a niesłusznie, pomijane przez tych którzy zmierzają do następnego na naszej liście rezerwatu przyrody Skaftafell).
Ogromny, głęboki na ponad 100m wyłom w skale powstał niedawno bo pod koniec ostatniej epoki lodowcowej (10 tys. lat temu). Podłoże skalne jest tu jednak o wiele starsze, datowane na 2 mln lat. Wąwóz utworzyła spływająca z lodowca woda. Zabierając ze sobą luźniejsze fragmenty odsłoniła najtwardsze i najbardziej odporne warstwy.

Fantazyjny Fjaðrargljufur można oglądać zarówno ‚z góry’ jak i bezpośrednio z poziomu doliny. My wybraliśmy wycieczkę wzdłuż zbocza, błotnistą lecz ściśle wytyczoną trasą. Wszystkich, którzy próbowali ułatwić sobie podeście przekraczając linię szlaku (wodząc tęskno wzrokiem za oddaloną o zaledwie 20cm suchutką trawą) byli napominani przez uprzejmą strażniczkę. Jej argument -jakże słuszny- który powtarzała z uporem maniaka stanowił, że przeprawa przez śliskie błoto to nieodłączny element tutejszej atrakcji (‚sometimes you need to get your shoes dirty!’, jak mawiała).
Islandczycy dbają o przyrodę. Dbają o nią bardzo. Wszak z nordyckim entuzjazmem, lecz godzą się by z ich skarbów korzystali turyści. Bezwzględnie jednak wymagają trzymania się wszystkich narzuconych reguł.
Szlaki są bardzo dobrze i jednolicie oznaczone. Co rusz można natknąć się na informację mówiącą, że pierwszeństwo ma tu przyroda a dyskretni opiekunowie dają jasno do zrozumienia, że nie ma tu miejsca na niesubordynacje.
Jeśli tylko któraś z przyrodniczych atrakcji wykazuje najmniejsze oznaki zmęczenia zostaje zamknięta dla turystów. Taka historia spotkała Fjaðrargljufur, który przez cały 2016 rok pozostawał niedostępny. Zabieg ten miał pomóc przyrodzie w powrocie do delikatnego stanu równowagi.

3. Svínafellsjökull Outlet Glacier – jęzor lodowca

Krajowa jedynka pustoszeje. Wjeżdżamy bowiem w obszar oddalony już o ponad 300 km od stolicy. W te rejony zapuszcza się zdecydowanie mniej turystów ‚stacjonarnych’, ograniczających zwiedzanie Islandii do atrakcji położonych w okolicach Rejkiawiku. Prosta droga prowadząca wzdłuż brzegu, poprzecinana stalowymi (w większości jednopasmowymi) mostami umożliwiającymi odpływ topniejącej wody, otwiera się na imponujący widok. Przed nami granice islandzkiego monstrum- lodowca Vatnajökull.

Vatnajökull jest największym lodowcem w Europie, zajmuje aż 8% powierzchni Islandii (8100 km2). Pokrywa lodowa w niektórych miejscach sięga ok 1 km głębokości, średnia jej grubość to ok 500m.
Vatnajökull to obszar wzmożonej aktywności wulkanicznej. Wielu geologów jest zdania, że w przeciągu najbliższych 5 dekad dojdzie tu do sporych rozmiarów erupcji, co może skutkować negatywnym wpływem na światowy ruch lotniczy, globalną agrokulturę a nawet wywołać stałe zmiany klimatu.

Z lodowca odchodzi ponad 30 ‚wylotów’, inaczej zwanych jęzorami lodowcowymi. To obszary topnienia czapy lodowej. Bierze z nich początek wiele islandzkich rzek w tym te największe.

Nasz dzisiejszy cel to jęzor zwany Svínafellsjökull zlokalizowany na terenie rezerwatu Skaftafell. By móc podziwiać go z najdogodniejszej perspektywy udamy się na ok 3h treking. Svínafellsjökull rywalizuje z Sólheimajökull o miano najpopularniejszego ‚jęzora’ na Islandii. Oba wyróżniają się inna specyfiką i oferują nieco inne atrakcje. Svínafellsjökull dostarcza ładniejszych, rozległych widoków na ciemnoniebieski lód, lśniący biały śnieg i żyły czarnego popiołu stanowiące pozostałość po erupcjach sprzed wieków. To tu kręcono większość scen bitewnych 7 sezonu ‚Game of Thrones: North of the Wall’.

Pustka i przestrzeń. Doświadczyliśmy jej dziś przynajmniej dwukrotnie: podziwiając bezmiar Atlantyku z perspektywy czarnych plaż nieopodal miasteczka Vik czy spoglądając z wysoka na ogromne połacie lodu Svínafellsjökull, sunące wolnym lecz nieprzerwanym tempem na spotkanie z morzem.
Człowiek jest tu tylko gościem. Kierowany odwieczną potrzebą uczestnictwa w czymś większym, czymś co przerasta jego wyobrażenie i możliwości, czymś czego nie jest w stanie okiełznać i ujarzmić przychodzi w miejsca takie jak te po uczucie zachwytu. Na chwilowe spotkanie bądź konfrontacje ze swoim własnym wyobrażeniem absolutu.

To był ciekawy i intensywny dzień. Nagrodą będą przysmaki z lokalnych browarów zwane ‚Vikink’ (najpopularniejsze islandzkie piwo mające 30% udział w tutejszym rynku). W liczbie 3szt na głowę.

Ps- na Islandii panuje częściowa prohibicja (pełna, trwająca 75 lat, została zniesiona dopiero w 1989r.). Alkohol kupić można jedynie w specjalnie wyznaczonych do tego sklepach Vinbudin w godzinach od 10 do 17. Wcale nie oznacza to (jak to zwykle z zakazami bywa), że Islandczycy piją mniej niż ich europejscy kuzyni. Można rzecz, że jest wręcz odwrotnie. Islandczycy to jeden z najbardziej ‚rozpitych’ narodów ;). Najpopularniejszym napojem alkoholowym jest wódka Brennivin co dosłownie oznacza ‚płonące wino’. Potoczna jej nazwa jest jeszcze subtelniejsza: ‚czarna śmierć’- wszystko przez etykietę, która zdaniem urzędników miała odstraszać od picia. Faktycznie, mało wyszukana etykieta przypomina tą z naszego rodzimego denaturatu… jedynie kac mniejszy.

 

Posted by Divt
Praktyk życia, futurysta, fotograf amator i aspirujący freeridowiec. Kocham dziką przyrodę i wszystko co z nią związane. Podróżuję, gdy tylko czas na to pozwala. Uwielbiam zimne miejsca i chłód północy…
‚Beauty at low temperatures is beauty’ – Joseph Brodsky

Dodaj komentarz